
Poszłam jak zwykle z psem do lasu.
Patrzę i widzę, że ze zboża, w którym biega mój pies, wyskakuje nastroszony kot.
Biegnie w lewo, prawo, na drzewo, spadł, biegnie więc dalej przed siebie, znowu na drzewo, znowu spadł. Dopiero jak nie miał już sił, zatrzymał się by wypatrzyć psa. Pomimo tego, że go nie dostrzegł, po chwili oczekiwania na odzyskanie sił, wykonał dwie, dokładnie takie same akcje, zanim oddalił się od nas na tyle, że zniknął w głębi lasu.
Pies go nawet nie widział, bo go nie zwęszył.
Zagrożenie życia ze strony psa i ratowanie tegoż życia – z perspektywy kota.
Samotne bieganie w zbożu – z perspektywy psa.
Dziś znowu poszłam do lasu.
Tym razem słyszę bzyczenie blisko ucha i czuję jak coś siada mi na głowie. Spanikowałam, zaczęłam skakać, biec, otrzepywać się. Za chwilę znowu i znowu i znowu. Paskudne robactwo, szerszeniowate na pewno – myślę – leci do moich rudych włosów. Chce mnie ugryźć, zainfekować czymś, umrę w lesie zagryziona przez szerszenie.
No taka sytuacja. Nic nadzwyczajnego.
Zatrzymałam się więc i wzięłam oddech. Zamknęłam oczy. W tej ciszy lasu bez problemu usłyszałam bzyczenie. Otworzyłam więc oczy i przez chwilę próbowałam zlokalizować źródło dźwięku. Zobaczyłam przed sobą całkiem sporego żuka lub coś w tym stylu. Leciał bardzo powoli. Jak zbliżył się do mnie, to otwartą ręką zablokowałam mu tor lotu. Odbił się i spadł na ziemię, a po chwili wstał i odleciał.
Ach tak – myślę. Taki to jest groźny szerszeń.
Szłam dalej, już bardziej obecna i słyszałam te żuki – całe mnóstwo – latające wokół mnie. Nie potrzebowałam już ich nawet dotykać, bo jeśli odpowiednio wcześniej wyciągnęłam rękę, to one ją po prostu omijały i zmieniały tor lotu.
Ileż to razy w szaleństwie i amoku szukałam ratunku, kiedy nikt i nic mi nie zagrażało?
Odpowiedzialność – pomyślałam – przecież to nie ciężar, tylko to zdolność do odpowiedzi na to co się wydarza. To obecność. Przytomność umysłu w chwilach – no właśnie – potencjalnego być może zagrożenia. Antidotum na lęki.