Odpowiedzialność

Nigdy nie lubiłam słowa „odpowiedzialność”. Zbyt długo kojarzyło mi się z ciężarem odpowiedzialności za innych. Poza sprawami zawodowymi nie byłam skłonna brać jej na siebie.

Po czterdziestce świadomie, z miłości, wybrałam znowu odpowiedzialność za dom, kota i psa. Ogromną. A razem z nią radości i smutki. Jak w życiu.

Kiedy zapadła decyzja o sprzedaży domu, pojawiły się również trudne zależności, emocje i powinności. Powoli wszystko zaczęło się układać. Wszystko… poza kotem.

Miau ma sześć lat. Zna tylko wolność, pola i lasy. Przychodzi i wychodzi kiedy chce. Ma wiele miejsc, w których go karmią, więc bywało, że nie widywałam go przez kilka miesięcy.

Jaką krzywdę zrobisz kotu, porzucając go?

Jaką krzywdę zrobisz mu, zabierając go do Warszawy?

Nie wiedziałam, co będzie dla niego najlepsze. Byłam gotowa zostawić go, by był szczęśliwy. I nigdy się nie dowiedzieć, czy była to dobra decyzja. Po prostu żyć dalej. Zdecydowałam.

Wyprowadzka trwała. Ostatniej nocy kot wrócił, wyszedł tylko na poranną toaletę, następnie przez wiele godzin na podwórku obserwował mnie przy pracy. Wskakiwał na przyczepę, zaglądał do samochodu, siadał na masce. Przed północą, tuż przed wyjazdem, po prostu wzięłam go do transportera. Wsiedliśmy do samochodu i pojechaliśmy do domu moich rodziców.

Od tej pory jest kotem domowym.

Nadal przechodzi swoją małą kwarantannę – na wszelki wypadek. Patrzę jednak na niego i nie mam wrażenia, by cała ta sytuacja zrobiła na nim jakiekolwiek szczególne wrażenie. To on zdecydował.

Alan Seale mówi, że angielskie responsibility można rozumieć jako ability to respond – zdolność do odpowiedzi na to, co chce się wydarzyć. Nie chodzi o dźwiganie świata ani o przejmowanie odpowiedzialności za wszystko i wszystkich. Chodzi o gotowość, by odpowiedzieć temu, co właśnie przynosi życie, i zrobić pierwszy krok.

Może właśnie tak wygląda odpowiedzialność.

Jako wybór podyktowany miłością.

Bo odpowiedzialność bez miłości jest ciężarem.

Z miłością staje się drogą.