Akceptacja

Zachwycają mnie nagłe zmiany obserwowane w przyrodzie.
To jak polna ścieżka nagle zmienia się w leśną.
To jak suchy pas autostrady nagle zmienia się w kałużę, gdy wjeżdżam samochodem wprost w burzę.

Zachwycają mnie także powolne zmiany obserwowane w przyrodzie.
To jak na polu wyrasta mała roślinka, która w cyklu pór roku zmienia się w kłos, ziarno, a potem chleb.
To jak szczenię nie potrafiące otworzyć oczu i zapanować nad pęcherzem, w ciągu dwóch lat staje się dojrzałym psem.

Czy mnie to zadziwia? Nie. Ciekawi raczej.
Czy się na to buntuję? Nie mam wpływu, prawa, nie miałoby to za bardzo sensu.

My ludzie, dużo rozmawiamy o gotowości do zmian.
Bo zmiany są trudne, ludzie na nie różnie reagują.
Mają do tego prawo.

Miałam iść na szkolenie, długo wcześniej zaplanowane i zapłacone, wzięłam wolne, przemierzyłam szmat drogi. I nagle okoliczności poskładały się tak, że nie mogłam. Wkurzyłam się bardzo, zadziwiłam, zbuntowałam. Choć nie mam wpływu, za bardzo prawa i w ogóle nie ma to sensu.

A co dopiero spełnianie marzeń. Wyobraź sobie, że marzysz o czymś całe życie, dumasz, przygotowujesz się, planujesz, a gdy to dostajesz okazuje się, że to chleb, nie tort. Smaczny, pożywny, ale chleb, nie tort.

Akceptacja tego co jest to moje antidotum na iluzje.
Lubię czasem uciekać w iluzję, żyć w iluzji.
Ona jednak nabrzmiewa w ciele.
Gdy zdolna jestem przyjąć prawdę, balon iluzji pęka, wylewa się żal.
Płyną łzy wraz z wybaczeniem – ulga.

Czy mnie to zadziwia? Nie. Ciekawi raczej. Czy się na to buntuję? Nie mam wpływu, prawa, nie miałoby to za bardzo sensu. Spokojna, łagodna akceptacja. Podnoszę się z tego dumna z siebie.

Zachwycają mnie nagłe i powolne zmiany zachodzące w przyrodzie, której jestem częścią.