
Poszłam jak zwykle z psem do lasu.
Patrzę i widzę dąb, którego wcześniej nie widziałam.
Niewiele myśląc podeszłam, objęłam, przytuliłam, ucałowałam.
Następnie odsunęłam się i wtedy dopiero je zobaczyłam.
Setki czarnych, dużych mrówek – na drzewie, na moich rękach, twarzy, włosach, kurtce.
Skoczyłam, szarpnęłam, strzepnęłam.
W najlepszym razie wyrzuciłam je z dala od domu, wiele na pewno tego nie przeżyło.
Zalała mnie fala smutku.
Gdybym pomyślała sekundę.
Gdybym przyjrzała się dwie.
Nie zniszczyłabym im wszystkiego jednym kaprysem, w jednej chwili.
I w myślach zatańczyły mi:
– te obce dzieci, do których cmokałam i łapałam za policzki,
– te pieski, które właściciele próbowali ułożyć,
– te pytania zadane w chwili, gdy ktoś chciał się po prostu przywitać i odejść w spokoju.
I choć intencja była dobra – ciekawość i zachwyt nad światem – to czy ona uzasadnia ten mikro choćby, ale nadal – realny dramat?
Wierzę bardzo mocno, że nie ma przypadków i wszystko jest po coś.
Także to było po coś. Lekcja odrobiona, wnioski wyciągnięte.
Szacunek do cudzego wszechświata wymaga uważności, a czasem nawet spojrzenia z oddali.