Ostatnio w podróży samochodem do Poznania zobaczyłam – dokładnie w tej kolejności i co ważne, w odstępie może pięciu minut: jednego bociana, dwa żurawie, trzy łabędzie i stado gęsi.
Bocian mnie nie zdziwił … jeszcze …, bo w końcu wiosna.
Żurawie też nie, bo mam je na polu za domem.
Ale trzy lecące nad polem łabędzie już bardzo, że nie wspomnę o dzikich gęsiach nie w kluczu na niebie, ale pasących się tuż przy drodze.
A ja jakim jestem ptakiem? Samotnie, w parze czy stadzie?
Ciekawe było to, że wcześniej już dużo o tym myślałam w kontekście miejsca w których mieszkam i które bez wątpienia kocham, i które także bez wątpienia, nie pasuje do mojego stylu życia, moich potrzeb. Jestem przecież jakaś inna. Jakaś taka dziwna. Niepasująca.
Po powrocie do domu trafiłam na tą afrykańską opowieść ludową:
„Dawno, dawno temu, w pewnym ogrodzie mieszkał niezwykle piękny ptak. Jego barwne upierzenie zachwycało innych mieszkańców tego skrawka ziemi, a jego siła i odwaga budziły respekt. Był wolny. Niczego się nie bał. Był też dumny ze swojego barwnego upierzenia. Pewnego dnia postanowił się ustatkować i zbudować swoje własne gniazdo. Wybrał cichy kąt ogrodu i, niewiele myśląc zaczął wyrywać jedno po drugim swoje wielobarwne pióra i mościć nimi gniazdo tak, by było mu wygodnie. Chciał czuć się bezpiecznie i pięknie. I ptak był szczęśliwy! Choć nie mógł już latać.”
Jejku – pomyślałam – jakim ptakiem?? Przecież ja jestem rybą! Odpływam. I to z nienaruszonymi piórami 😉