
Wyprawy do lasu mają swój urok i wiele mnie uczą.
Ale czasem bywa tak, że obrany szlak trzeba zmienić z różnych powodów – robót drogowych, rowerzystów, biegaczy, innych piesków nieopodal.
Tak było tym razem. Szłam trzykrotnie tą samą, niezbyt atrakcyjną drogą, tam i z powrotem, by po prostu wybiegać psa. Byłam niezadowolona.
Za pierwszym razem zobaczyłam worki ze śmieciami wyrzucone na łące, błoto na ścieżce i brudną rzęsę w miejscach, gdzie rzeczka tworzyła stojące jeziorka.
Za drugim – usłyszałam odgłosy tej łąki, poczułam podmuchy wiatru i zobaczyłam kolory jesieni.
Za trzecim pokazały się rude grzyby na pękniętych wierzbach, czerwone liście na krzewach, różowe owoce na krzakach, a na skraju lasu sosny, dęby, osiki, brzozy. I w końcu wielkie drzewa, których nazw nie znam, a w których łysych już koronach kłębiły się kule jemioły.
A w każdej z nich niezliczona ilość liści i owoców tejże jemioły – jak małe ludziki z głową i rękoma wzniesionymi do nieba.
Nie pomieściłam wzruszenia. Wylało się na policzki.
Do zobaczenia czego więcej, bardziej, lepiej, piękniej, jeszcze nie jestem gotowa?
A co do drzew…
„Pokazujemy na własnym przykładzie, jak w milczeniu obserwować życie, jak stać z podniesioną głową oraz jak dawać i otrzymywać.” Fragment z książki „13 Pierwotnych Matek Klanowych” Jamie Sams.